W nocy zdarzył nam się wypadek, który częściowo zorganizował nam dzień. Podczas dopompowywania materaca usłyszałem syk uciekającego powietrza. Okazało się, że mamy dziurę w materacu. Gdzieś zaginęła moja szara taśma nadająca się do naprawy wszystkiego (w szczególności srebrnego samochodu), więc musieliśmy ratować się plastrami, które niestety po jakimś czasie puściły. Z pomocą przyszły łatki do naprawy paralotni. Tym razem rozwiązanie przetrwało noc, ale woleliśmy nie ryzykować spania na ziemi i w czwartek wybraliśmy się do sklepu sportowego na „D”. Przy okazji wyszło na jaw, że nie zabrałem nic przeciwdeszczowego, a na kempingu w ulewę można zostać przemoczonym do suchej nitki choćby podczas wycieczki do toalety. Kupiliśmy przy okazji kilka pierdułek, zrobiliśmy zakupy spożywcze i wróciliśmy na kemping. Oczywiście po drodze musieliśmy postać w korkach, w końcu jesteśmy we Włoszech! Krótki wypad po zakupy pożarł nam pół dnia, ale w końcu czasu mamy teraz dużo. Pogoda okazała się lepsza niż prognozy, jednak po południu przyszły opady trwające do rana. Miałem dzięki temu trochę czasu, aby uzupełnić zaległe wpisy.  Trochę dumaliśmy nad kolejnymi dniami naszej wycieczki, znajomy nęcił nas Korsyką, ale nie chcieliśmy się wiązać z wyspą na dłużej, mogliśmy też pozwiedzać inne miasta Toskanii, do których trzeba by było jeździć, a mieliśmy ochotę odpocząć i polatać.
W piątek nie spieszyliśmy się ze wstawaniem, gdyż padało dłużej niż zapowiadali, a mokrego namiotu nie chcieliśmy składać. Na całe szczęście dzień był wietrzny, co przyspieszyło suszenie. Spece z decathlonu mogliby się wysilić trochę bardziej przy pisaniu instrukcji składania namiotu. Może uznali, że zamiast wdawać się w szczegóły wystarczy napisać/narysować „wyciągnąć szpilki i złożyć namiot” i dorzucić większy worek. O dziwo pomimo dużego pakunku wszystko się zmieściło. Załadowaliśmy samochód i pognaliśmy w trasę. Wyprawa krętymi dróżkami przez góry wydawała się nieodpowiednia na załadowany samochód, więc pojechaliśmy autostradą. Po południu dotarliśmy na znany w kręgach paralotniowych kemping w okolicach Bassano del Grappa. Rozstawiliśmy namiot, rozładowaliśmy samochód i udaliśmy się na ucztę. Wizyta w Bassano byłaby niczym bez pizzy w tutejszej restauracji. Ten jeden raz (jak do tej pory) zrobiliśmy sobie rozpustę. Przed snem okazało się, że w sobotę dotrą tu znajomi (pozdrawiamy Jagodę i Michała), wreszcie będziemy mogli porozmawiać z kimś w normalnym języku!